O Bożej Obecności - Święta 2012
Dodane przez MN dnia 28 styczeń 2013 19:45

 

Należę do osób, które nie przepadają spędzania ostatniego dnia grudnia na zorganizowanych balach, wytwornych przyjęciach, raczej wybieram tego dnia spotkania kameralne, jak najmniej wiążące się z określeniem "impreza". Perspektywa tegorocznego świętowania była najlepszą i najgorszą z możliwych zarazem - towarzyszyć miała osoba w wieku 82 lat, która już dawno "wyrosła" ze spędzania tej nocy inaczej niż którejkolwiek innej. Ale okazało się, że jest jeszcze jedno zaproszenie, którego do końca nie byłem świadomy.

Jest w naszej parafii pewien pobożny kapłan, pełniący również posługę kapelana. Poprzedniego dnia usłyszałem rozmowę, z której wynikało między innymi, że ma przewodniczyć noworocznej Eucharystii o północy w zgromadzeniu sióstr karmelitanek. Ta myśl wróciła ledwie kilka godzin przed północą, niewiele było trzeba, żeby dołączyć. Nie było rozmów, śmiechów. Była za to godzina przed Najświętszym Sakramentem, rok zakończony w mieszkaniu Boga.

I kolejny rozpoczęty w tym samym miejscu. Niesamowita cisza. Ledwo przebijające się fajerwerki. Słowa kapłana o depresji - największej depresji, do jakiej mógł zstąpić Bóg. O tym, że nie możemy powiedzieć, że nie zna trudności i bólu człowieczeństwa, bo zszedł najniżej, jak to możliwe. I pierwsza myśl: "po ludzku jestem najniżej jak się da - tę noc spędzam z kilkudziesięcioma zakonnicami i uchodzącym za nawiedzonego księdzem; nie ma wokół mnie żadnych znajomych, wszelkie świętowanie odbywa się bez mojego udziału".

Ale właśnie tam jest On. Może biedny, malutki, bezbronny. Ale kiedy wydawało się, że przychodzi doświadczenie samotności, obecności Boga doświadczyłem jak jeszcze nigdy wcześniej. Tam dzieje się świat, ale ty jesteś poza tym światem. I mimo że nie był to wybór do końca uświadomiony, to On tam właśnie czekał. Nie da się zejść - w żadnym wymiarze - tak nisko, żeby Bóg tam nie czekał.

Kiedy podczas prefacji padły słowa "abyśmy poznając Boga w widzialnej postaci, zostali przezeń porwani do umiłowania rzeczy niewidzialnych" spojrzałem w stronę figurki Jezusa leżącego w szopce, popłynęły łzy. Tak, takiego Boga, który zaprasza, by z Nim po prostu być, i nie wymaga niczego więcej. Zmieścił się w zwykłej figurce, za chwilę zmieści się w jeszcze zwyklejszym kawałku chleba. Spojrzałem jeszcze trzy razy, i za każdym razem płynęły łzy.

I sama komunia. Nie dość, że do Siebie zaprosił, to jeszcze zechciał przyjść do mnie i stać się darem. I nic za to nie chcieć. I za to chwała Panu!!

Mężczyzna 22lata