Pokładam w Panu ufność swa!
Dodane przez MN dnia 10 marzec 2012 18:53

 Mam na imię Wanda. Jestem mężatką, matką trojga dzieci, osobą pracującą zawodowo.Pragnę dać świadectwo na temat tego, jak Bóg działa w życiu moim i całej rodziny. Jaką moc ma wytrwała modlitwa i zawierzenie Bogu siebie i swojego życia. Chcę opowiedzieć o łaskach, jakie otrzymaliśmy od Boga za wstawiennictwem Matki Bożej, Ojca Świętego Jana Pawła II, św. Judy Tadeusza i innych Świętych w niebie. Pragnę również opisać moje doświadczenia związane z tajemnicą Szkaplerza Świętego. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać, jak Bóg zagościł w naszym życiu i obdarzał nas swoim błogosławieństwem.  Z zewnątrz wydawałoby się, że jesteśmy bardzo szczęśliwą rodziną, bez żadnych trosk i zmartwień. W rzeczywistości tak nie jest. Jesteśmy szczęśliwi,  ale jak każda rodzina przeżywamy problemy i u nas były trudne chwile, łzy i cierpienie.
Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Mam dwie siostry i pięciu braci (troje mieszka w Kanadzie). Rodziców Bóg wcześnie powołał do siebie. Najmłodsza siostra została sierotą. W tym czasie mama wychowywała również bratanka z Kanady. Tak się stało, że po śmierci rodziców nikt z rodzeństwa nie miał warunków do przygarnięcia tych dwojga dzieci. Mając troje własnych dzieci, przyjęliśmy siostrę i 3-letniego bratanka do siebie, tworząc rodzinę zastępczą. Nie było nam łatwo. Powierzaliśmy nasze życie Bogu. W tych trudnych chwilach Bóg czuwał nad naszą rodziną  i błogosławił nam. Obdarzał nas zdrowiem, miłością i szczególną pomocą w trudach dnia codziennego. Dziś siostra jest już mężatką, ma troje własnych dzieci: dwóch chłopców bliźniaków i córeczkę. Czasami traktujemy je jak nasze wnuki - są bardzo kochane. Bratanek zamieszkał w Kanadzie. 
W swej dobroci Bóg powołał nas do wspólnoty Domowego Kościoła. Była to dla nas wielka łaska. Z dziećmi co roku przeżywaliśmy rekolekcje oazowe, podczas których przyjęliśmy Pana Jezusa jako naszego Pana i Zbawiciela. Były to piękne chwile z dziećmi i z Bogiem. W Domowym Kościele uczyliśmy się poznawać i kochać Boga i bliźnich. Nauczyliśmy się modlitwy rodzinnej, małżeńskiej i osobistej. Codziennie wieczorem klękaliśmy z dziećmi do modlitwy, powierzając Bogu i Mateńce z nieba nasze dzieci, nas samych i całą rodzinę. Również rozważaliśmy z nimi Pismo Święte. Dzieci chętnie włączały się  w naszą modlitwę i w dyskusję o Słowie Bożym. Czasem wieczorami śpiewaliśmy religijne piosenki, z podkładem muzycznym naszych dzieci (potrafiły grać na instrumentach). Były to najpiękniejsze chwile wysławiania naszego Boga. Potem z mężem powierzaliśmy Bogu nasze życie w modlitwie małżeńskiej i osobistej. Dziś, wspominając tamte chwile, dziękuję Bogu za ten dar radosnego przebywania z dziećmi i naszym Panem. To dzięki Bożej opiece udało nam się wychować nasze dzieci i wykształcić je. Obecnie są już dorosłe, zakładają własne rodziny. Mamy już jedną wnuczkę, którą bardzo kochamy. Wierzymy, że Bóg zamieszka również w ich życiu.
Bóg działa wszędzie, szczególnie tam, gdzie prosi się o Jego pomoc. Tata mojego męża był katolikiem, ale tzw. „niepraktykującym”. Pracował w milicji na odpowiedzialnym stanowisku.
Za czasów „komuny” nie mógł publicznie wyznawać wiary w Boga. Nawet sakrament małżeństwa musieli z mamą przeżywać w ukryciu. Przyjęli go na Jasnej Górze, w tajemnicy przed władzami. Potem przez czterdzieści lat nie był u spowiedzi. Na Mszę świętą chodził, jak były uroczystości dzieci (mieli ich pięcioro): chrzciny, I komunie, śluby. Jednak on przeżywał je bez pełnego uczestnictwa we Mszy świętej. Mama wychowywała dzieci w wierze, posyłała na religię i do kościoła, pomimo kontroli i protestów ze strony władzy. Mój mąż był nawet jakiś czas ministrantem. Tata dobrze znał Katechizm. Czasem rozmawialiśmy z nim na temat jego wiary, ale był zbyt słaby, aby samodzielnie wrócić do wspólnoty Kościoła. Bardzo pragnęliśmy z mężem, aby tata znalazł łaskę u Boga i nawrócił się, bo był dobrym człowiekiem, dobrym mężem i ojcem. Modliliśmy się za niego. Prosiliśmy Boga i Matkę Najświętszą o pomoc. Jeździliśmy na rekolekcje. Prawie każdą Komunię świętą ofiarowywaliśmy w intencji nawrócenia taty. Bóg nas wysłuchał. Gdy tata zachorował i był w szpitalu, Bóg posłał do niego kapłana. To on przygotował tatę do powrotu na drogę wiary. W tym szpitalu po raz pierwszy po 40 latach tata przystąpił do spowiedzi  i przyjął Pana Jezusa do swego serca. Żył jeszcze kilka lat i przez ten czas mogliśmy razem z nim cieszyć się z łaski nawrócenia. Za wszystko, co Bóg dla nas uczynił i jak uczynił, dziękujemy. Dziś tata już nie żyje, ale wierzymy w Miłosierdzie Boże i mamy nadzieję, że z naszymi rodzicami spotkamy się w niebie.
W naszej rodzinie doświadczyliśmy też cudu uzdrowienia z nałogu alkoholowego naszego szwagra, ojca sześciorga dzieci. Alkohol był przyczyną wielu kłótni w rodzinie. Mąż starszej siostry przez alkohol tracił kolejne, wysokie stanowiska pracy, schodząc coraz niżej. Było ciężko. Siostra kochała swego męża, tak samo dzieci kochały tatę. Każde dziecko, przystępując do I Komunii świętej, ofiarowało ją w intencji swego taty i jego uzdrowienia z nałogu. Również i my w Domowym Kościele przystąpiliśmy dwa razy do Krucjaty wyzwolenia człowieka i modliliśmy się o jego uzdrowienie. Przyszła wielka łaska od Boga – szwagier został wyzwolony z nałogu. Dziś już nie zagląda do kieliszka. Trwa już ponad 10 lat w trzeźwości. Jak miło jest dziś jechać do siostry w odwiedziny. Czuje się tam ciepło rodzinne i miłą atmosferę – czego nie było przedtem. Dziś już wiemy, że modlitwa to potęga i siła, a wiara w moc modlitwy to zwycięstwo.
                Od trzech lat mój młodszy brat walczy z  chorobą nowotworową. Od chwili wykrycia białaczki cała nasza rodzina modli się o uzdrowienie brata. Ofiarowaliśmy wiele Eucharystii w naszych parafiach w jego intencji. Poprzez modlitwy  przed cudownym obrazem Matki Bożej Jasnogórskiej, Licheńskiej oraz Szkaplerznej, wspólne nowenny do św. Judy Tadeusza, modlitwy za wstawiennictwem Ojca św. Jana Pawła II i wszystkich Świętych prosiliśmy Boga o znak Jego opieki, o cud uzdrowienia brata. Gdziekolwiek była odprawiana Msza św. o uzdrowienie brata, jednoczyliśmy się w naszych parafiach o tej samej godzinie na Eucharystii, by ofiarować ją za niego. Było to nieustanne wołanie do Boga z prośbą o uzdrowienie.
Dziś brat jest po przeszczepie szpiku kostnego. Szpik ofiarowała mu najmłodsza siostra, którą wcześniej adoptowaliśmy. Brat czekał na przeszczep niecały rok, gdyż siostra w tym czasie była  w stanie błogosławionym. Po szczęśliwym urodzeniu córeczki siostra zrezygnowała z karmienia piersią,                                   
 by przygotować się na przekazanie swego daru życia – szpiku kostnego dla brata. Dziś brat już nie ma komórek nowotworowych (miał 97%). Gnębią go inne choroby - po chemii, radioterapii, które wyniszczyły organizm. Jednak dziękujemy Bogu za to, że brat przeżył przeszczep, bo stan jego zdrowia był krytyczny. Dziś brat cieszy się, że jest z nami i że Bóg darował mu życie. Wszyscy dziękujemy Bogu za kolejny cud uzdrowienia w naszej rodzinie. Bóg wysłuchuje naszych próśb i dlatego jesteśmy bardzo wdzięczni za Jego miłość i dobroć. Bóg jest Miłością. Radujmy się.
Choroba brata bardzo nas wszystkich zbliżyła. Dziś potrafimy jednoczyć się i wspólnie  modlić się w naszych intencjach. Wszystkie problemy powierzamy wspólnie naszemu Bogu, bo wierzymy w Jego słowa: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20).
Pragnę również przedstawić moje doświadczenia, jakie przeżyłam w mojej pracy zawodowej  i jakich doznałam łask od naszego Boga.
Do 2004 roku pracowałam w szkole na stanowisku intendenta. Bardzo lubiłam tę pracę, cieszyłam się, że spełniam się w mojej pracy zawodowej. Jednak moje szczęście prysło z chwilą wprowadzenia zmian żywienia w szkołach. Moje stanowisko zlikwidowano, gdyż wprowadzono dożywianie w formie cateringu. Wówczas zaproponowano mi pracę na ½ etatu na stanowisku fizycznym - pomoc kuchenna - do wydawania posiłków. Ponieważ groziło mi bezrobocie, bo w moim wieku nie było łatwo o dobrą pracę,  przyjęłam tę propozycję. Dzieci wówczas dorastały, kształciły się i pieniądze były potrzebne. Zaczęłam pracować z pracownicą, która wcześniej była kucharką w kuchni. I od tego momentu zaczęła się gehenna w mojej pracy zawodowej. Pojawiły się problemy. Moja współpracownica uważała się za dobrą kucharkę i z biegiem czasu zaczęła traktować mnie „z góry”. Uważała, że jestem gorsza od niej. Traktowała mnie z lekceważeniem i poniżała mnie. Nie byłam dla niej równym człowiekiem, mówiła mi, że ja dla niej nie istnieję, jestem niczym. Wyśmiewała się z tego, co robiłam, popychała, kpiła ze mnie, przezywała, pogardzała mną. Dochodziło do konfliktów. Gdy porozmawiałam z kapłanem podczas spowiedzi św. o mojej sytuacji w pracy, polecił mi modlić się za moją współpracownicę. Modliłam się za nią, zgodnie z tym, co Bóg nakazuje: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”(Mt 5,44). Wyciągałam rękę do zgody, ale niezbyt długo było dobrze. Bardzo z tego powodu cierpiałam. Nie mogłam spać w nocy, budziłam się, pociłam ze strachu. Bałam się, co znów wydarzy się  w pracy. Było ciężko. Jedyną ucieczką w tych trudnych chwilach był mój Bóg, bo wierzyłam w Jego słowa: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię. Weźcie Moje jarzmo na siebie i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych”(Mt 11,28-29). Schodziłam wtedy do szatni, gdzie miałam obrazek mojej Matki Bożej i Jezusa na krzyżu. Brałam różaniec do ręki i modliłam się.  Ze łzami w oczach oddawałam się mojemu Bogu. Powierzałam Mu swoje cierpienie, ofiarowywałam to, co mnie bolało, mówiłam, jak jest mi ciężko i prosiłam o pomoc. Pragnęłam zgody, ciepła i zrozumienia w pracy. Starałam się w pokorze i cichości znosić te wszystkie upokorzenia. Wierzyłam, że w trudnych chwilach mój Bóg i Matka Boża mnie nie opuszczą. Szczególnie dzięki słowu Bożemu, które rozważałam każdego rana w Wielkiej Nowennie (codzienne rozważania Słowa Bożego), Bóg i Mateńka moja dawali mi siłę do dźwigania  krzyża i moc do przetrwania. Wierzyłam w słowa: „Weselcie się nadzieją! w ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie- wytrwali!”(Rz 12,12). Żyłam nadzieją.  Po niedługim czasie zaczęła nadchodzić pomoc Boża. Otrzymałam dodatkowo pracę, również na ½ etatu w Powiatowej i Miejskiej Bibliotece Publicznej na stanowisku bibliotekarza. Bardzo mnie ta praca ucieszyła. Jednak warunkiem utrzymania się w niej było uzupełnienie  wykształcenia (byłam ekonomistką), ale zaświeciła mi iskierka nadziei na lepszą pracę. Ten czas to był dla mnie bardzo trudny okres. Praca w dwóch zakładach, na różnych stanowiskach, dom i jeszcze nauka. Ale dzięki opiece Bożej i pomocy męża ukończyłam bibliotekarstwo. I już mogłam pracować na cały etat ( po ½ etatu w każdym zakładzie pracy). W szkole były ciężkie chwile, zaś praca w bibliotece dawała ukojenie. I taka sytuacja:  w jednej pracy łzy, cierpienia, w drugiej radość i nadzieja, trwała do marca 2011 roku.
Sytuacja w szkole stawała się nie do zniesienia. Dalej modliłam się za wstawiennictwem Matki Bożej i Ojca Świętego Jana Pawła II. W 2011 roku, będąc przed cudownym obliczem Matki Bożej Jasnogórskiej ze łzami  w oczach prosiłam Mateńkę o pomoc. Pojechaliśmy również z mężem do Czernej przed cudowny obraz Matki Bożej Szkaplerznej. W Czernej przyjęliśmy szkaplerz   i oddaliśmy moją pracę i chorobę brata w matczyną opiekę Maryi. Bóg wysłuchał naszego wołania. Doznałam wielkiej łaski i miłości Bożej. Matka Boża okryła nas swoją szatą Szkaplerza świętego.      W znaku Szkaplerza św. dała nam znak szczególnej opieki i wyraz uprzedzającej miłości. To za Jej wstawiennictwem i bł. Jana Pawła II Bóg obdarzył mnie ogromnym szczęściem.
Doznałam  kolejnego cudu w moim życiu. Otóż Pan Bóg uwolnił mnie od pracy z tą osobą. W marcu 2011 roku otrzymałam propozycję przejścia na  ¾ etatu w bibliotece – na inną filię, nie tracąc przy tym finansowo. Mogłam wówczas zwolnić się z pracy w szkole. W zgodzie rozeszłam się z moją współpracownicą ze szkoły i jestem szczęśliwa. Dziś każdego dnia w mojej nowej pracy uśmiecham się,  dziękując Bogu za tę wielką łaskę. Dziś już nie boję się iść do pracy, nie boję się, że mnie ktoś wyśmieje, poniży czy skrzywdzi. Dlatego chcę dzielić się tym szczęściem.
Obecnie pracuję z życzliwymi ludźmi, dziećmi i młodzieżą, których bardzo kocham i szanuję. Kocham tę pracę. Wielbię Boga i  Mateńkę moją za opiekę, za to, że dziś jestem szczęśliwa, za ojcowskie i macierzyńskie serce, które otarło niejedną łzę. Wielbię Wielkość i  Mądrość Bożą, dziękując za wielki dar Jego  Miłości. Dziś pokładam całą nadzieję tylko w Bogu i bezgranicznie Jemu ufam. W każdej modlitwie dziękuję Bogu za te dary oraz powierzam całe moje życie, mojego męża, dzieci, rodzeństwo  i całą rodzinę. Również dziś dziękuję Bogu Najwyższemu za te doświadczenia, cierpienia, bo dzięki nim zmieniałam się. Nauczyłam się pokory, miłości cierpliwej i przebaczającej, ufności oraz radości przebywania z Bogiem. Dziś wiem, że pokora jest początkiem drogi do jedności, pokoju i szczęścia z Bogiem oraz między ludźmi, a wytrwała modlitwa kończy się wielkim zwycięstwem.
Za to wszystko, co Bóg dla mnie i dla całej rodziny uczynił i jak uczynił - niech będzie uwielbiony Bóg w Trójcy Jedyny i Mateńka nasza i wszyscy Święci w niebie. Amen.

Chwała Panu!  Wanda